Potężne trzęsienie ziemi posłało ten luksusowy kolos prosto na dno, grzebiąc sekrety faraonów pod metrami morskiego mułu. Przez dwa tysiące lat nikt nie miał pojęcia, że w dawnym porcie w Aleksandrii spoczywa coś tak spektakularnego. To nie jest kolejna nudna łódź transportowa, ale prawdziwy pływający pałac, który właśnie ujrzał światło dzienne po wiekach zapomnienia.
Konstrukcja, która oszukała nawet ekspertów – to nie były dwa statki
Archeolodzy natrafili na szczątki jednostki znanej jako thalamagos. Statek ma 35 metrów długości i siedem metrów szerokości. Co ciekawe, na początku zespół badawczy był kompletnie zdezorientowany. Drewno wyglądało tak dziwnie, że myślano, iż to dwa różne statki, które pechowo zatonęły w tym samym miejscu.
Dopiero po dokładnych analizach okazało się, że to jedna, niezwykle przemyślana konstrukcja. Franck Goddio, szef ekipy badawczej, wyjaśnił, że ta niejednolita struktura to celowy zabieg. Płaskie dno i specyficzny kil pozwalały tej luksusowej jednostce wpływać na bardzo płytkie wody kanałów Aleksandrii. Szczerze mówiąc, to inżynieryjny majstersztyk tamtych czasów.
Płaskie dno i greckie bazgroły, czyli jak odróżnić luksus od zwykłej łajby
W kadłubie znaleziono greckie napisy, które datuje się na pierwszą połowę I wieku n.e. To one potwierdziły, że statek zbudowano właśnie w Aleksandrii. [To niesamowite, że drewno przetrwało tyle czasu w słonej wodzie, kompletnie mnie to rozwala!]. Co wiemy o tym, co było na pokładzie?
- Luksusowo urządzona kabina dla pasażerów.
- Napęd oparty wyłącznie na sile mięśni 20 wioślarzy.
- Bogate zdobienia, które miały krzyczeć o statusie właściciela.
- System konstrukcyjny idealny do nawigacji rzecznej i przybrzeżnej.
Katastrofa w cieniu świątyni Izydy – dlaczego ta jednostka w ogóle zatonęła?
Istnieje bardzo konkretna teoria dotycząca tego, jak ten luksusowy symbol bogactwa skończył na dnie. Najprawdopodobniej statek brał udział w obrzędach religijnych i zatonął około 50 roku n.e. podczas tragicznego zniszczenia świątyni Izydy na wyspie Antirhodos. No i tu pojawia się problem: nagłe zjawiska sejsmiczne dosłownie wciągnęły port pod wodę.
To znalezisko jest absolutnie przełomowe, bo o takich statkach do tej pory czytaliśmy tylko w starych tekstach Strabona. Nigdy wcześniej nie odkopano realnego dowodu w postaci fizycznego wraku. Mimo to, fani archeologii mogą czuć lekki niedosyt. Zgodnie z wytycznymi UNESCO, wrak nie zostanie wyciągnięty. Pozostanie tam, gdzie leży, bo próba wydobycia go na powierzchnię to błąd, który mógłby bezpowrotnie zniszczyć ten delikatny zabytek. Lepiej pozwolić mu odpoczywać w mułowej kapsule czasu.
A Wy co o tym myślicie – powinniśmy wydobywać takie skarby za wszelką cenę, czy lepiej zostawić je nienaruszone na dnie?


